Moja córka w grudniu 2024 roku dowiedziała się od ginekologa, że ma mięśniaka macicy i konieczna będzie operacja — usunięcie go wraz z macicą. Miała wtedy 42 lata i dwóch synów w wieku 8 i 11 lat. Operacja była zaplanowana na marzec 2025 roku.
W styczniu zaczęły się bardzo silne bóle brzucha. Córce było niedobrze, miała wymioty i myślała, że to refluks, ponieważ już od jakiegoś czasu zdarzały się jej podobne dolegliwości. Mąż zawiózł ją na pogotowie, ale po badaniu otrzymała jedynie zastrzyk przeciwbólowy i wróciła do domu.
Niestety ból nie ustępował, a wręcz się nasilał. Mąż ponownie zawiózł ją na pogotowie. Znów została zbadana, dostała zastrzyk przeciwbólowy i wróciła do domu, ale po krótkim czasie ból powrócił ze zdwojoną siłą. W końcu pogotowie zabrało ją do szpitala. Tam po badaniach przewieziono ją do innego szpitala na oddział ginekologiczny. Po kolejnych badaniach lekarze stwierdzili, że sam mięśniak nie powinien powodować aż tak silnego bólu. Ostatecznie zdecydowano o przewiezieniu córki do jeszcze innego, bardziej specjalistycznego szpitala ginekologicznego.
Ból cały czas narastał. Lekarze mówili, że chociaż mięśniak się powiększył, to nie powinien aż tak boleć, chyba że uciska jakiś nerw. Córka zaczęła otrzymywać morfinę, ale mimo tego nie mogła spać i nic nie przynosiło jej ulgi. W końcu lekarze zdecydowali się na pilną operację.
Podczas zabiegu usunięto macicę wraz z mięśniakiem. Lekarz obejrzał także jamę brzuszną, aby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku, i wtedy zauważył bardzo silnie zapalony wyrostek robaczkowy. Natychmiast również go usunięto, po czym zamknięto ranę operacyjną.
Po operacji córka nadal bardzo źle się czuła i dalej nie mogła spać. Po kilku dniach została wypisana do domu. Lekarze uważali, że w domu jej stan się poprawi, że w końcu odpocznie, wyśpi się i odzyska spokój.
W środę wieczorem wróciła do domu, ale nadal źle się czuła i nie mogła spać. W piątek przyjechał do niej lekarz, zbadał ją i przepisał leki przeciwbólowe oraz nasenne. Niestety w sobotę rano, około godziny 4:00, córka obudziła się, otworzyła oczy i okazało się, że nie widzi.
Jej mąż natychmiast zawiózł ją do Opola na neurologię, tak jak wszyscy radzili. Na oddziale lekarz po badaniu powiedział, że to bardzo rzadki przypadek i nie wiadomo, co będzie dalej — czy córka odzyska wzrok, a jeśli tak, to w jakim stopniu.
Bardzo to przeżyliśmy, ale wiedzieliśmy, że wszystko jest w rękach Boga. Zaczęliśmy gorąco modlić się o uzdrowienie córki. W niedzielę poprosiliśmy księdza o modlitwę i wiele osób modliło się razem z nami. Ksiądz Dominik dał nam nowennę za wstawiennictwem Służebnicy Bożej Siostry Marii Dulcissimy Hoffmann i powiedział, abyśmy modlili się nią przez 9 dni.
Od razu spojrzałam w kalendarz i zobaczyłam, że nowenna zakończy się 11 lutego, dokładnie w święto Matki Bożej z Lourdes. Już wtedy miałam w sercu przeczucie, a nawet pewność, że córka wyzdrowieje.
Modliliśmy się wszyscy z wielką ufnością. 11 lutego, w dziewiątym dniu nowenny, córka zaczęła odzyskiwać wzrok. Trudno opisać naszą radość. Z dnia na dzień widziała coraz lepiej. Nadal jednak była bardzo osłabiona.
Po pewnym czasie wyszła ze szpitala do domu tylko na kilka dni, a następnie pojechała do Ozimka na rehabilitację. Tam zaczęła odzyskiwać siły i coraz lepiej chodzić. Rehabilitacja trwała sześć tygodni.
Dzisiaj, dzięki Bogu, córka czuje się bardzo dobrze. Radzi sobie, wróciła do domu, a także wróciła do swojej pracy. Nadal pozostaje pod opieką neurologa, ale wszystko jest dobrze.
Dzięki Bogu za to wielkie uzdrowienie.
My nadal modlimy się, dziękując Bogu za zdrowie córki i całej rodziny. Prosimy także o dalsze łaski, szczególnie o pogłębienie wiary dla najmłodszej córki i całej rodziny, oraz o nawrócenie wnuka i dar wiary dla jego przyszłej żony.
Prosimy Cię, wstawiaj się za nami, Siostro Mario Dulcissimo.
Beata
16.12.2025
Comments are closed.