Szczęść Boże, Siostro Małgorzato,
pragnę przedstawić świadectwo uzdrowienia dziecka z raka oka za pośrednictwem służebnicy Bożej s. Dulcissimy.
W 2021 roku, po obejrzeniu reportażu z Siostrą Małgorzatą Cur na temat życia i działalności s. Dulcissimy, miałam szczególny sen. Stałam w nim nad Jej grobem w poświacie pięknego, purpurowego zachodu słońca. Patrząc na czarną, pulchną ziemię, powiedziałam do męża: „Idź do samochodu, przynieś jakieś woreczki, naczynia — musimy zabrać tę ziemię ze sobą. Tyle łask leży, trzeba je ludziom rozdać”.
Sen był jak na jawie, nawet miejsce pochówku było podobne, choć nigdy tam nie byłam. Gdy się obudziłam, wiedziałam, że muszę pojechać do Brzezia. Z rodziną i znajomymi z Róży wybraliśmy się tam 1 maja 2021 roku. Wieźliśmy różne intencje.
Na dwie godziny przed dotarciem do celu otrzymałam od rodzica mojego ucznia SMS-a mówiącego o tym, że jego czteroletnia córka Julka ma bardzo rzadką postać raka oka. Groziło jej skomplikowane leczenie za granicą, wyjęcie oka, możliwe przerzuty. On nigdy wcześniej nie niepokoił mnie korespondencją w dniach wolnych od pracy (SMS-a przechowuję do dziś). Nic wcześniej nie wiedziałam o dramacie tej rodziny, a informacja przyszła w tak szczególnym dniu.
Odpisałam tacie dziewczynki, że jadę do Raciborza, za dwie godziny tam będę i że pierwszą intencją, jaką zaniosę, będzie prośba o uzdrowienie jego dziecka. Zaakcentowałam, że s. Dulcissima uzdrowiła kiedyś niewidzące dziecko kosztem swojego kalectwa.
Gdy dotarliśmy na miejsce, udaliśmy się do Izby Pamięci Siostry, gdzie, przyglądając się Jej osobistym rzeczom, poczułam zapach kwiatów. Siostra zakonna zapytała, co nas sprowadza. Odpowiedziałam, że mój sen. Usłyszałam, że jeśli s. Dulcissima się śni, to znaczy, że jest z tą osobą. Siostra Małgorzata Cur zaprosiła nas na kawę i ciasto.
Poinformowałam o tych dziwnych „zbiegach okoliczności” — że rodzic nie wiedział o wyjeździe, a powiadomił mnie w odpowiednim czasie. Mieliśmy jechać tydzień wcześniej, ale byłam chora. Te czynniki, te „przypadki”, mogły zupełnie zmienić bieg zdarzeń.
Gdy Siostra Małgorzata Cur powiedziała, że czasem można czuć woń kwiatów, zawstydzona i zażenowana, obawiając się śmieszności oraz oceny znajomych, przyznałam, że czułam tę woń w Izbie Pamięci. Byłam bardzo zakłopotana, ale uznałam, że prawda jest ważniejsza niż wstyd.
Poszliśmy na Mszę Świętą i na grób s. Dulcissimy. Zaopatrzona we wszelkie możliwe „akcesoria” — ziemię, rośliny, modlitwy, wizerunek Siostry — po przyjeździe do Wrocławia przekazałam je ojcu dziecka, mówiąc, że jestem tylko skromnym pośrednikiem, a sprawa jest w ich rękach. Tata Julki powiedział, że dziewczynka z ochotą przykładała sobie do oka woreczek z ziemią, a wspólnie odmawiali modlitwy.
Rozdałam przywiezione dary kilku innym osobom i modliłam się w zaniesionych intencjach. Rodzice dziecka przesłali Siostrze Małgorzacie Cur rysunek Julki, który został włożony do sarkofagu służebnicy Bożej.
Ciężką chorobę raka oka Julki lekarze oceniali jako bardzo rzadki przypadek, a konsekwencje mogły być różne. Zaczęły się jednak otwierać drzwi do właściwego leczenia dziewczynki w Polsce — do odpowiednich lekarzy — jakby ktoś ich prowadził. Efekt: dziewczynka od czterech lat jest zdrowa, nie ma przerzutów ani wyjętego oka, a to przecież groziło. Oko widzi cienie, rozlana źrenica trochę się zresorbowała. Dziecko biega, hasa, chodzi do szkoły, a jej tata powiedział, że wyśle dokumentację choroby. Wierzę, że tak uczyni, bo rozmawiałam z nim kilka dni temu.
Pozdrawiam Siostrę serdecznie. Widocznie potrzeba było czterech lat, aby dokończyć sprawę i ją opisać.
Z Kochanym Panem Bogiem
Renata z Wrocławia
Comments are closed.