Będę miała wesele

top feature image

Będę miała wesele

Po Wielkanocy 1936 r. chora S. Maria Dulcissima miała spuchnięte ręce i nogi, zesztywniałe barki i kręgosłup. Niewątpliwie narastała niewydolność serca i pojawiły się obrzęki. Od 12 maja tego roku rozpoczęło się jej powolne umieranie. 17 maja, w niedzielę, s. Maria Lazaria, będąc przy niej, zanotowała:

Rzekła do mnie: „Jezus jest stale przy mnie”, bo nie mogła przyjmować Komunii św. Po południu powiedziała: „Widzisz Anioła Stróża, ale nie chcesz mi tego powiedzieć. Patrz, on mi już pokazał ten piękny wóz, a już rozmawiałam z mamą. Idę do domu”. I wskazała w górę. Gdy jej oświadczyłam: „Ty jeszcze nie możesz umrzeć”, [to ona] odparła całkiem cicho i bardzo spokojnie, żeby nikt tego nie mógł słyszeć. Potem modliła się aż do północy”.

O północy z 17 na 18 maja obudziła s. Marię Lazarię. Odzywała się do niej po polsku i to były jej ostatnie słowa:

Siostro przełożona, szybko, szybko!

Potem zasnęła 18 maja 1936 r., w poniedziałek, o godz. 4.30 s. Maria Lazaria zauważyła u niej trudność w oddychaniu, pot i nagłe osłabienie serca. Podała jej jeszcze lekarstwo na serce. Wezwała kapelana, o. Franciszka Blandziego OMI, który udzielił jej generalnej absolucji i „dał jej oleje święte”. Godzinę później, o 5.30, jej usta stały się sine. Opiekunka nie zauważyła u niej „żadnych drgań i wydechów, żadnego mocowania”. Nastąpił zawał mięśnia sercowego (infarctus myocardii), choć wcześniej nie było wzmianki o chorobie niedokrwiennej serca. Bardziej prawdopodobny był zgon z powodu zaburzeń rytmu serca. Wszystkich wprawił w zdziwienie wyraz jej twarzy, przypominającej uśmiechnięte dziecko.

s. Maria Lazaria zanotowała:

[To było] całkiem spokojne odejście. Jak była ukryta w życiu, tak bezgłośne było jej odejście. Za życia – często w jej napadach agonalnych – zawsze mówiła: „W twoich ramionach [opiekunki] umrę, ty zamkniesz mi oczy”. I tak też się stało (…).

Jakiś wewnętrzny spokój, nie do opisania, wypełnił nasz dom. W piątek, 22 maja, dzień po Wniebowstąpieniu Pańskim (21 maja) odbył się jej pogrzeb. Przy pogrzebie [w Brzeziu nad Odrą mistrzyni nowicjuszek] s. [Marii] Eustasii [(Emilii) Christoph] SMI [16 października 1935 r.] oświadczyła wobec wielu: „Gdy ja umrę, [to] wtedy nie lękajcie się, nie obawiajcie, bo ja będę miała wesele i wy nie powinniście się smucić; wy macie się radować i radować. Niech to będzie dla was święto (…) Należy zauważyć, że jesteście zakonnicami”.

To daje do myślenia (…) My wszystkie nie wiemy, kim dla nas była i kim nam jeszcze teraz jest.

Służebnica Boża s. Maria Dulcissima Hoffmann zaakceptowała bezwarunkowo chorobę, która przekreśliła jej plany i doprowadziła ją do śmierci w młodym wieku. Chorobę przyjęła jako dar Boży i zadanie życiowe. Naznaczona bólem włączała się w cierpienia Jezusa. Dotknięta chorobą stanowiła też niemałe wyzwanie zarówno dla przełożonych, jak i dla sióstr z brzeskiego klasztoru. S. Maria Lazaria Stephanik SMI osobiście towarzyszyła jej w podróżach do lekarzy. Zgromadzenie nie szczędziło jej środków finansowych na leki i na wielokrotne specjalistyczne badania. Siostry udały się z nią nawet do Berlina, aby w tamtejszej klinice kompleksowo zdiagnozowano jej chorobę i zaaplikowano właściwą kurację. Trzeba pamiętać, że był to czas kryzysu ekonomicznego w Europie. W korespondencji zakonnej na temat chorej dostrzegamy wręcz czułość, z jaką do niej odnosiły się Siostry Maryi Niepokalanej. Jej moc duchowa dojrzewała w fizycznej bezsilności. Czy rzeczywiście „taka była wola Boża”? To stwierdzenie stało się dla niej uświęconym, pełnym treści stwierdzeniem, właściwie przez nią rozumianym. Nie był jej obcy św. Paweł, który powiedział:

„Albowiem wolą Bożą jest wasze uświęcenie” (1 Tes 4,1-3). Wola Boża przeniknęła całe jej życie i tak naprawdę odsłoniła jej prawdziwe oblicze rzeczywistości. Nie wszystko, co ją spotkało, było słuszne i sprawiedliwe, ale śmierć Chrystusa również nie była słuszna i sprawiedliwa, a jednak przyniosła zbawienie. Chrystus pozostawił jej przesłanie i przykład: „Ojcze mój, jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich! Wszakże nie jak Ja chcę, ale jak Ty” (Mt 26,39). Uświęciła się przez rzeczywistość swojego życia, wypełnioną chorobą przez większość przeżytych lat. W ten sposób dążyła do zbawienia. Taka postawa nie tylko nadała znaczenia zadaniu, któremu się oddała w życiu duchowym: przyjmowaniu życia na wzór Chrystusa. Dobrze od- czytała Jego słowa: „Moim pokarmem jest wypełnić wolę Tego, który Mnie posłał, i wykonać Jego dzieło” (J 4,34). Była realistką, która nauczyła nas, jak stawiać czoła rzeczywistości i przekraczać siebie i otaczający nas świat. W przewlekłej chorobie pozostała człowiekiem wiary – do końca.

ks. Henryk Olszar

fragment artykułu “Dziecko Waszej troski: choroba Heleny Hoffmann w opinii lekarzy”

Studia Teologiczno-Historyczne Śląska Opolskiego (2021), nr 1, s. 195-227

Dziecko Waszej troski

Dodaj komentarz

Post navigation

Previous Post :   

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Czytaj więcej

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close